Historyczna (nie)pamięć

Pamięć o ważnych wydarzeniach, rocznicach wpisuje się w polską kulturę i tradycję. Zdarza się jednak, że jedne symbole czcimy, a inne już dawno wyrzuciliśmy na śmietnik historii.

Ostatnio na łamach Istotne.pl, podjęto dyskusję współpracy Bolesława Kubika z Urzędem Bezpieczeństwa. Szybko okazało się, że jest to informacja nieprawdziwa. Pierwszy, powojenny burmistrz Bolesławca pomimo że wywodził się z władzy ludowej, był postacią pozytywną i tak samo zapisał się w historii miasta.

Zastanawia mnie dlaczego gdy tak mocno lustrujemy naszych bohaterów, a pomijamy inną kwestię? Dlaczego nie zajmiemy się obcą symboliką, obcej nam już ideologi? Mam tu na myśli sowieckie pomniki, które rozsiane są po całej Polsce. Niektóre z nich przeszły już dawno do lamusa, lecz wiele nadal ma się dobrze. Ich usunięcie wzbudza wiele kontrowersji. Często bronimy ich obecności jako pamiątkę po dawnym systemie.

Bolesławiec został oszczędzony pod tym względem. W mieście sowieckie monumenty znajdziemy głównie na radzieckich cmentarzach wojennych. Przy ulicy Willowej oraz tym zlokalizowanym na rogatkach miasta – cmentarzu wojennym im. Michaiła Kutuzowa. Spoczywają tu żołnierze radzieccy 7 Korpusu Pancernego Gwardii i 31 Dywizji Piechoty 1 Frontu Ukraińskiego. Czerwonoarmiści zginęli podczas wyzwalania Bolesławca. Również w tym miejscu pochowano serce feldmarszałka Kutuzowa. Serce zabrali wyjeżdżający z Polski Rosjanie, ale o kampanii napoleońskiej i śmierci carskiego dowódcy przypomina nam pomnik w kształcie złamanej kolumny z dębowym wieńcem.

Trzeba podkreślić, że wszystkie wojenne cmentarze, niezależnie kto na nich spoczywa, powinny być traktowane z należytym szacunkiem. Nie chodzi tu przecież o ideologiczną czy narodową zemstę. Cmentarze te są też odpowiednim miejscem na sowieckie pomniki, które nadal zdobią polskie miasta.

Jednym z bardziej znanych radzieckich pomników jest pomnik Wdzięczności dla Armii Czerwonej w Legnicy. Usytuowany jest on w sercu filmowej „Małej Moskwy”.

Sama Legnica jest miastem szczególnym. Wszyscy wiemy, że do lat 90. stacjonowały tu wojska radzieckie, a dokładnie jednostki wojskowe Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej.

Wspomniany pomnik postawiono w roku 1951. Zachowane stare fotografie pomnika można zobaczyć w galerii na tej stronie .

Dyskusja wokół tego monumentu trwa od momentu wyjazdu Sowietów z Legnicy. Do tej pory nie podejmowano większych wysiłków, aby pomnik przenieść w inne, mniej reprezentatywne miejsce. Niedawno rozstrzygnięto konkurs na rewitalizację placu, zatem jest szansa, że pomnik zmieni swoje położenie.

Ostatnio na Facebooku, na jednej ze stron dotyczących historii Dolnego Śląska, rozgorzała polemika nad usunięciem monumentu z pl. Słowiańskiego. Komentarzy było naprawdę wiele. Były one różne w stosunku do koloru poglądów. Jedni byli za, inni przeciw. Jednym pomnik kojarzył się ze szczęśliwym dzieciństwem (jak widać nawet o to dbała zaprzyjaźniona armia). Wiele osób uważa, że owszem to relikt przeszłości, ale przypominający o sowieckiej historii Legnicy.

Punktem wyjścia jest zadanie sobie pytania, co tak naprawdę pomnik „Wdzięczności” oznacza? Moim zdaniem niewiele. Z jego symboliki można odczytać przyjazny przekaz. Braterskie stosunki polsko – radzieckie. Jak najbardziej trzeba oddać „cesarzowi to co cesarskie” i pamiętać o wyzwoleniu Polski i Ziem Odzyskanych spod okupacji niemieckiej. Nie kwestionuję ani trochę przelanej radzieckiej krwi. Stąd też należny szacunek poległym, pochowanym na radzieckich cmentarzach wojennych.

Sprawa pomnika i wszystkich pomników, symboli stalinizmu ma jednak także drugie dno. Przecież ta sama armia, przyniosła nam zniewolenie, wraz z napaścią 17 września 1939 roku. Mało tego. Od tego momentu można przyjąć, że utraciliśmy Kresy Wschodnie raz na zawsze. Alianci nawet nie podejmowali rozmowy co do polskich ziem na wschodzie. Otrzymaliśmy jedynie zapewnienie, że w zamian otrzymamy „coś” kosztem Niemiec.

Wraz z radziecką interwencją, rozpoczęły się na wschodzie Polski liczne eksterminacje polskiej ludności. Sprawa Katynia tylko potwierdza zbrodnicze zamiary.

Jednak Armia Czerwona wyrządziła krzywdy polskiemu narodowi nie tylko podczas II wojny światowej. Nie zapominajmy o wojnie o granice na wschodzie, po odzyskaniu niepodległości. Armia bolszewicka już w 1919 i 1920 mordowała, gwałciła i niszczyła wszystko. Wszystko co polskie. Pamiętajmy o Bitwie Warszawskiej, tak krwawej jak cała wojna polsko – bolszewicka. Bitwa ta jest jednym z wielu dowodów na siłę polskiego państwa. Wielu historyków uważa, że Piłsudski niepotrzebnie zatrzymał się w pogoni za rozbitymi bolszewikami. Przez wielu historyków i publicystów wysuwane są koncepcje niewykorzystanej możliwości zdobycia Moskwy (Piotr Zychowicz, Wiktor Suworow). Gdyby Polacy zawarli sojusz tzw. białymi generałami (carskimi dowódcami walczącymi z rewolucją bolszewicką), można było zdobyć Moskwę i rozbić bolszewizm. Niestety Marszałek liczył, że Rosja osłabi się wewnętrznie przez wojnę domową, a komunistyczna władza będzie słaba. Rosja Radziecka miała być mniejszym złem i nie zagrażać odrodzonej Polsce.

Trudno to jednak oceniać. Nikt nie mógł przecież przewidzieć pewnych wydarzeń, choć błędem było nie tworzenie silnej polskiej armii w okresie międzywojennym. Przedwojenni politycy snuli imperialistyczne marzenia o wielkiej Rzeczypospolitej, a polityka zagraniczna Józefa Becka odstawała do politycznej rzeczywistości.

Zostawmy to jednak już na bok. O sytuacji w II RP można byłoby pisać długo. Należy jedynie zwrócić uwagę, na to co stało się z Polakami, którzy pozostali po sowieckiej stronie, za rzeką Zbrucz.

Otóż zaakceptowanie linii granicznej na Zbruczu, dla jednych (w tym Romana Dmowskiego) było optymalnym rozwiązaniem. Dzięki osiągnięciu granicy sprzed drugiego rozbioru, mieliśmy stać się państwem silnym i w miarę jednolitym. Wojsko Polskie zajęło tereny za Zbruczem i można je było śmiało odzyskać. Niestety uważano wówczas, że są to tereny z niebezpieczną ilością mniejszości narodowych. Miały one zagrażać jednolitości Polski. Oprócz tych mniejszości (białoruskiej i ukraińskiej), żyło i mieszkało tam wielu Polaków. Około 1,5 miliona. Spotkał ich tragiczny los – przesiedlenia, katorga i śmierć. Polskiej delegacji negocjującej przebieg granicy z Rosją Radziecką zabrakło determinacji aby odzyskać jak najszersze terytorium z czasów w I Rzeczypospolitej.

Władza sowiecka wykorzystała to niejednokrotnie. Gwoździem do trumny polskich Kresów była napaść z 17 września, po której raz na zawsze utraciliśmy te terytorium. Sama nazwa też budzi kontrowersje wśród historyków. „Kresy”, to przecież obrzeża, pogranicze, a w naszym przypadku były to ziemie najcenniejsze, stanowiące jeden z filarów polskiej państwowości, kultury i tradycji.

Zostawmy na chwilę tą sowiecką przeszłość. Na Dolnym Śląsku mamy przecież do czynienia z innymi pamiątkami przeszłości, do której stosunek też nie zawsze był pozytywny. Mowa o niemieckich zabytkach, pomnikach, obiektach związanych z niemiecką historią. Wiele „niemieckich” zabytków nie przetrwało. Dziś w ruinie pozostał zamek w Gościszowie, klasztor Magdalenek w Nowogrodźcu, kościół ewangeliki w Ocicach i wiele, wiele innych.

Przykład polonizacji poniemieckich reliktów przeszłości, ukazuje w swoim artykule w tym miejscu jedna z blogerek. Autorka pisze między innymi:

[…] Drogowskaz w Łaziskach to przykład powojennej akcji „odniemczania” tzw. Ziem Odzyskanych. Niemieckie napisy i szyldy miały zniknąć z przestrzeni publicznej […]”.

Jest to jeden z przykładów powojennej dewastacji tego co niemieckie, co kojarzyło się z wojną i cierpieniem. Trudno tu szukać usprawiedliwień, ale pamiętajmy, że wojna wyzwala najgorsze instynkty, których Polacy także doświadczyli.

Problem z zabytkami na Dolnym Śląsku był taki, że często też nie niszczono ich w odwecie. Nie było czasu na ich ratowanie. Odbudowa kraju była ważniejsza. Istniało wiele poważniejszych problemów niż dbanie o zabytki. Niekiedy poniemieckie obiekty stanowiły źródło tak bardzo potrzebnym materiałów budowlanych.

Są jednak przypadki ocalania poniemieckich zabytków. W 1959 roku, Kaziemierz Leder ówczesny naczelnik Poczty w Nowogrodźcu wraz z pocztowcami, mieszkańcami Nowogrodźca i Ołdrzychowa, ustawił na pierwotnym miejscu słup milowy poczty saskiej. Dzięki temu ten cenny zabytek jest ewenementem w skali całej Polski. Jedyny słup poczty saskiej, który blisko przez 300 lat, prawie nieprzerwanie stoi na łużyckiej ziemi.

Zatem kwestia sowieckich symboli i niemieckich zabytków jest już za nami. Ocena historyczna często też ma niewiele wspólnego z prawdą obiektywną. Często jesteśmy nieobiektywni i nie trzymamy się jednej linii w stosunku do oceny. Bywa, że jako społeczeństwo zmieniamy zdanie, a prawda miesza się z hipokryzją. Tak jest w przypadku Żołnierzy Wyklętych. Dla jednych to bohaterowie, dla pozostałych bandyci. Wydawać by się mogło, że w wolnej Polsce prawda zawsze się obroni. Cóż, wzajemne spory utrudniają i komplikują wszystko. Chciałbym w tym miejscu odnieść się do artykułu „Gazety Wyborczej”, która tak „pięknie” opisała postać Zygmunta Szendzielarza, szerzej znanego jako Łupaszka. Zastanawia mnie dziennikarski obiektywizm, który coraz bardziej zależny jest od koloru poglądów. Smutne, ale cóż… prawdziwe. Nie chodzi mi tu o „ten” ostatni artykuł. Nie… Kwestie polityczne warto odłożyć na bok.

Warto przypomnieć co „Wyborcza” napisała w tym artykule  (w roku 2013). Tekst ten jest w całkowicie innym tonie od ostatniego. Nie wiem czemu dziennikarze jednej z największych gazet w Polsce tak zmieniają zdanie. Dlaczego trzy lata temu Łupaszka to bohater, a dziś bandyta? Może to przypadłość „Wyborczej”. Może nazwa też zobowiązuje…

Wypowiedź Tomasza Lisa na Twitterze również nie została niezauważona. Naczelny Newsweka Polska napisał:

„Prezydent RP oddawał dziś cześć mordercy cywilów, Łupaszce. Takie PIS-owskie „przywracanie godności”.

To przywracanie godności skomentował między innymi dziennikarz, redaktor portalu www.cosnowego.idiks.org   Damian Racławski, który stwierdził, że:

„Retoryka pozostała ta sama. Jaruzelski, Kiszczak to ludzie honoru, a Pilecki, Zapora, Inka to bandyci”.

Który z dziennikarzy ma rację? To pytanie pozostawiam otwarte. Myślę, że każdy już zna odpowiedź.

Historyczna niepamięć o sowieckich zbrodniach, o czerwonym holocauście, Żołnierzach Wyklętych, którzy walczyli o Polskę w pełni niepodległą osiąga apogeum. Może warto zastanowić się czy chcemy być dumni z naszej narodowej historii czy obcych symboli? Kto jest zdrajcą , a kto bohaterem? Przykład pomnika Wdzięczności dla Armii Czerwonej w Legnicy doskonale obrazuje obojętność na prawdę historyczną. Na pl. Słowiańskim może przecież stanąć wiele innych monumentów. Warty upamiętnienia jest książę Henryk Pobożny, Witelon, Jadwiga Śląska czy ostatni z rodu Piastów – Jerzy Wilhelm. Miasto posiada wiele znakomitych postaci wpisujących się doskonale w historię Ziem Odzyskanych, dawnych ziem piastowskich.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *