Katastrofa kolejowa w Marczowie

Kolejny temat z tematyki katastroficznej. Tym razem jednak sprawa dotyczy znów Dolnego Śląska. Może, niektórzy z Was zastanawiają się dlaczego akurat katastrofy i wypadki tak mnie interesują? Uważam po prostu, że są to niezwykle ciekawe, tragiczne i ludzkie historie, które często nam się wydaję, że mają miejsce gdzieś tam w Polsce… A to często mylne myślenie. Nawet czasem nie zdajemy sobie sprawy, że tragiczne historie dzieją się obok nas. Często tak blisko jak np. katastrofa na pograniczu, która wydarzyła się nieopodal powiatu zgorzeleckiego, a niewiele osób o niej cokolwiek słyszało. Inną smutną historią był wypadek i ostatnie urodziny, które miały przecież być wspaniałym, niezapomnianym dniem dla pewnego 11 – letniego chłopca.

Dzisiaj, chcę Wam przedstawić historię pewnej katastrofy, która miała miejsce niedaleko Lwówka Śląskiego, miasta znanego przecież z doskonałego browaru. Wydarzenia te miały miejsce dokładnie przed stacją Marczów, dokładnie pomiędzy stacjami Dębowy Gaj a Marczowem, 13 km od Lwówka Śląskiego. Wypadek był o tyle specyficzny, że nie doszło do niego w wyniku nadmiernej prędkości, zderzenia czołowego pociągów, tylko wybuchu kotła parowego lokomotywy.

Cała historia wydarzyła się 20 marca 1984 r. Marczów leży do tej pory na linii kolejowej nr 283 z Jeleniej Góry do Żagania, a dotyczyły dokładnie szlaku Jelenia Góra – Lwówek Śląski, ponieważ lokomotywa parowa prowadziła pociąg do Lwówka, a następnie jako wieczorny skład odjechał on o godzinie 21.50 w kierunku powrotnym do Jeleniej Góry, jako pociąg nr 88421.

W niedługim czasie po wyjeździe, na 26 km całej linii kolejowej 283, pomiędzy stacjami Dębowy Gaj, a Marczowem doszło do wybuchu w parowozie. Kocioł parowy eksplodował. Spowodował on tym samym uszkodzenie infrastruktury kolejowej (co spowodowało też zerwanie łączności między stacjami). Części lokomotywy zostały porozrzucane w promieniu 80 m od miejsca wybuchu. Na miejscu zginął starszy maszynista 37 –  letni Szczepan Domagała. Młodszy maszynista 26 – letni Andrzej Mizgała został wyrzucony przez wybuch na dach pierwszego wagonu. Przewieziony do szpitala do Lwówka Śląskiego zmarł po 3 godzinach. Ranna została także kierowniczka pociągu – Maria  Piesiak. Choć doznała znacznych obrażeń głowy to o własnych siłach doszła pobliskiego Marczowa i o zdarzeniu zawiadomiła dyżurnego ruchu.

lwówek 1

Co było przyczyną eksplozji? Początkowo zakładano, że prawdopodobnie zły stan lokomotywy parowej wyprodukowanej jeszcze 1943 r. Była to konstrukcja produkcji niemieckiej, oznaczona jako  Ty2 – 536. Jednak w toku śledztwa, specjalnie powołana komisja dopatrzyła się pewnych nieprawidłowości. Otóż stwierdzono, że na stacji we Lwówku Śląskim maszyniści nie uzupełnili poziomu wody, co doprowadziło do wzrostu ciśnienia i eksplozji. Uznano to za zaniedbanie, ponieważ lwówecka stacja posiadała zaplecze techniczne aby tego dokonać. Ale czy tak faktycznie było? Na to pytanie może nam odpowiedzieć jeden ze świadków tej tragicznej historii. Oto jego jego relacja:

parowóz

Pociąg relacji Jelenia Góra -Lwówek Śl.,jako ostatni tego dnia a wracał do Jeleniej G. jako S. to znaczy jako pusty skład, tyle nieścisłości.A nie prawdą jest jakoby maszyniści nie dobierali wody, kierowniczka tego pociągu Maria Piesiak czekając na dojazd parowozu do składu, przy zahamowaniu przed składem pociągu została oblana wodą,to oznacza że wody był pełny tender (zbiornik na wodę). Tamtejszej władzy było najwygodniej zwalić całą winę na nie żyjących maszynistów. Władze dochodzeniowe nie zrobiły najmniejszego wysiłku aby wyjaśnić sprawę. Ten parowóz powinien być dawno wycofany z eksploatacji. To ja jechałem do Marczowa po kierowniczkę tego pociągu, taryfą, bo ponoć nie mieli paliwa, a jak zaoferowałem swoje paliwo to nie miał kto wydać polecenia. Nigdy kierownictwo stacji nie zapytało ile kosztował kurs. Tak dbano o pracowników na PKP

A to z kolei inny komentarz do tego wypadku, przesłany i opublikowany w innym miejscu niż blog, przez pana, który pracował na kolei:

To, że z tendra wylewała się woda, wcale nie świadczy o tym, że kocioł był odpowiednio obsługiwany. Zapewne po tej katastrofie powstał protokół powypadkowy, którego nie znamy. Często bywa tak, że relacja jednego świadka może wypaczać ogólny pogląd na całość sprawy. Jak to w życiu bywa na jeden tragiczny skutek składa się długi szereg przyczyn. Sam fakt przypomnienia katastrofy jest niezwykle cenny.

Myślę, że każdy sam sobie wyrobi zdanie na temat katastrofy i jej przyczyn. Pamiętajmy, że parowóz pamiętał jeszcze czasy II wojny światowej, a maszyniści, którzy zginęli nie mogli się już bronić.

Sądzę, że o tej tragedii, która miała miejsce w powiecie lwóweckim, na jednej z najładniejszych tras kolejowych w całej Polsce, wie niewiele osób. Może nawet sami mieszkańcy powiatu nie są świadomi tego wydarzenia.

 

14 thoughts on “Katastrofa kolejowa w Marczowie”

  1. Lekkie nieścisłości w tekście.

    Kocioł parowozowy nie może wybuchnąć od tak od niskiego poziomu wody w tendrze – absolutna bujda. To, że kadź wodna tendra była pełna o niczym nie świadczy. Wybuch kotła najczęściej powodowało właśnie uzupełnienie wody w kotle po zbyt dużym jej ubytku i wyżarzeniu podniebienia skrzyni ogniowej. Powoduje to jej nadmierne rozgrzanie, co w przypadku uzupełnienia wody w kotle doprowadza do gwałtownego schłodzenia i jej pęknięcia – para w pierwszej kolejności wdmuchana jest do budki – stąd pomocnik ,,odleciał”. Dalej wszystko dzieje się jak z balonem – dziura powiększa się i całość momentalnie wybucha. Tyle że wybuch kotła rozrzuca części ,,lekko” dalej niż 80m, zdarzały się sytuacje w których części były rozsypane w promieniu kilometra. W sytuacji, kiedy poziom wody w kotle spadnie poniżej minimalnego dozwolonego, drużyna trakcyjna jest zobowiązana do wyrzucenia opału z paleniska i wygaszenia parowozu. Pod żadnym pozorem nie można zasilać kotła wodą. Teoretycznie do tej sytuacji powinny nie dopuścić korki łatwotopliwe na podniebieniu, kiedy nie są przykryte wodą powinny się stopić, a para i woda powinna przygasić ogień w skrzyni ogniowej. Drużyna mogła jednak niczego nie zauważyć – zatkaniu mógł ulec wodowskaz przez co faktyczny poziom wody był zafałszowany. Włączenie inżektora i dopływ wody spowodował wybuch.

    Co do samego parowozu na kolei nie ma modeli – są serie. Wspomniany parowóz to seria Ty2 (towarowy, układ osi 1’E, graficznie oOOOOO, wyprodukowany w Niemczech), 536 to jego numer inwentarzowy lub tzw boczny. Były to parowozy wojenne o uproszczonej konstrukcji ( Übergang kriegslokomotive) – produkowane masowo w czasie wojny miały zapewnić sprawne transporty zaopatrzenia dla frontu wschodniego, przez co zmodyfikowano je pod względem przetrwania rosyjskich zim. Konstruktorzy przewidywali ich maksymalny czas eksploatacji na 5 lat. W Polsce jeździły de facto do roku 2001, w byłej Jugosławii kilka sztuk normalnie pracuje do dzisiaj. Ich stan wbrew pozorom pozwala na dalszą eksploatację, maszyny tak proste że wręcz niezniszczalne.

     
    1. Dziękuję za komentarz, co do nieścisłości to trudno mi się do nich odnieść. Z jednej wszelkie źródła podają o niedolaniu wody lub pomijają fakt uzupełnienia lub nie jej niedoboru. Z drugiej relacja świadka wskazuje, że została ona dolana, Pan jednak wskazuje, że mogło to nie mieć takiego znaczenia lub zostało dokonane już za późno. Myślę, że jedno jest pewne. Do wypadku doszło i zginęli ludzie, a prawdziwej przyczyny pewnie nie poznamy. Nie wiadomo też jak bardzo szczegółowe i rzetelne w 1984 r. było śledztwo. Ważne, żeby o tym wypadku i eksplozji mówić. Jest to ważne, choć tragiczne wydarzenie w powiecie lwóweckim i PKP.
      Dodałem powyżej w tekście komentarz kolejarza, do tej całej sytuacji. Również ciekawy.

       
  2. Super tekst i bardzo ciekawa historia! 🙂 Ja czytałem jeszcze o dwóch chyba katastrofach na tej linii kolejowej…

     
  3. Gwoli ścisłości-katastrofa miała miejsce w Dębowym Gaju,jakieś 200-300m za przejazdem kolejowym,czyli 4km od Marczowa.Byłem na miejscu następnego dnia,podwozie z wagonami było już odholowane.Kocioł leżał mniej więcej tutaj, 51°04’34.3″N 15°38’40.9″E Dziura w ziemi powinna być widoczna jeszcze dzisiaj,jeden podkład też był uszkodzony.

     
  4. Nie pamiętam daty (może to był rok powodzi w 1977 ?), gdy miał miejsce wypadek w tunelu przed stacją Wleń. Wskutek uszkodzenia linii telefonicznej jazda odbywała sie na rozkaz szczególny – na widoczność i ze zmniejszona szybkością. W takich warunkach doszło do czołowego zderzenia pociągów w tunelu przy południowym portalu, gdzie tor biegnie w łuku i widoczność jest niewielka. Ponieważ szybkość składów była mała, więc chyba skutków poważnych nie było. Nie pamiętam czy składy wypadły z szyn, a o wypadku opowiadał nam ojciec, kiedy wrócił z delegacji .

     
  5. W tym czasie mój ojciec, miał służbę w straży pożarnej we lwowku śląskim i opowiadał mi o tym jak to miejwiecej wyglądało nic ciekawego ciało maszynisty było w bomblach od oparzeń pary a drugiego szukali i szukali bo go eksplozja wyrzuciła dzięki tej pani go znaleźli bo myśleli że był jeden maszynista.

     
  6. Nie był to szlak Jelenia Góra-Lwówek Śląski a Marczów-Lwówek Śląski.
    Na tym szlaku kilka lat prędzej doszło również go tragicznej katastrofy kolejowej. Nastąpiło zderzenie czołowe pociągów towarowych w wyniku którego zginęli ludzie.
    Na tej linii też była tragiczna katastrofa na szlaku Niwnice-Nowogrodziec. Dokładnej daty nie pamiętam, ale mógł to być rok 1976-1977. Zderzenie czołowe pociągów towarowych i też ofiary w ludziach. Winnym był pijany dyżurny ruchu stacji Niwnice.

     
  7. Jestem w posiadaniu kopii biuletynu informacyjnego. Ewidentnie jest w nim napisane, że lokomotywa znacznie dłużej nabierała wody do tendra niż inne pojazdy tego typu w tym dniu. można się domyślać, że drużyna wiedziała o przegrzaniu kotła, stąd tak długie napełnianie. Lokomotywa była też świeżo po naprawie rewizyjnej 6 marca 1984 w MD Jelenia Góra, protokoły powypadkowe i analizy zaworów, oraz manometrów mówią, że były sprawne w chwili wybuchu

     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *