Katastrofa na pograniczu

Ostatnio tematyka kolejowa zdominowała opinię publiczną, sam też wpadłem w sidła „złotego pociągu”, ale też wcześniej pisałem o Luxtorpedzie – przedwojennym wagonie spalinowym, który osiągał znaczne prędkości. 

Dolny Śląsk w swojej kolejowej historii nie jest wolny od katastrof, w tym kolejowych. Jakiś czas temu pisałem o smutnej historii Ostatnich urodzin. Katastrofa 1977.

Ten ostatni wypadek opisany przeze mnie wydarzył się pod Wrocławiem, w okolicach Psiego Pola. Dziś zaś chciałbym Wam przedstawić historię katastrofy, która wydarzyła się w nieopodal powiatu zgorzeleckiego i polskiej granicy na Nysie Łużyckiej, w okolicach Bielawy Dolnej. Nie była to największa katastrofa w dziejach polskiego kolejnictwa, ale oto zdecydowanie nie chodzi. Liczy się sam fakt tragicznego zdarzenia, w którym bezsensowną śmierć ponieśli ludzie.

 

 

                                              Most kolejowy na rz. Nysa Łużycka/Bielawa Dolna

Tragiczny wypadek kolejowy miał wydarzyć  się w okolicach Bielawy Dolnej, w gminie Pieńsk. Jest to maleńka wieś, zamieszkała przez ok. 300 mieszkańców. Przez Bielawę Dolną przebiega linia kolejowa nr 295 z Węglińca, przez granicę państwa do niemieckiej wsi Horka.  I to właśnie w niemieckiej Horce doszło do bezpośredniego zderzenia dwóch pociągów. Zdarzenie miało miejsce w mroźny zimowy poranek, 3 grudnia 1988 r. O ok. godz. 7.30 polski pociąg towarowy z węglarkami zderzył się z niemieckim pociągiem towarowym Deutsche Reichsbahn. Polski pociąg jechał od strony Węglińca do Horki (ówczesna Niemiecka Republika Demokratyczna), natomiast NRD – owski skład w przeciwnym kierunku, kierował się do po polskiego Węglińca. Informacje dotyczące wypadku są skąpe. Wiadomo na pewno, że zginęło 8 osób, 5 Niemców i 3 Polaków. Prawdopodobnie zawiodły hamulce w polskim pociągu. Zasadnicze jest pytanie jaka była prędkość obu pociągów? Z relacji jednego ze świadków, wynika że polski pociąg, w którym przestały działać hamulce rozpędził się do prędkości 100 km/h. Polski pociąg z węglarkami prowadziła ciężka lokomotywa towarowa ST43 tzw. Rumun, o której można przeczytać tutaj.

                                            Miejsce katastrofy pomiędzy Bielawą Dolną a Horkami

Jak już wspomniałem ciężko jest dziś dotrzeć do informacji odnośnie tego tragicznego wypadku. Mam jednak to szczęście, że napisał do mnie Pan, który był świadkiem tamtych grudniowych wydarzeń. Oto jego niezwykła relacja:

„(…) Jako z-ca naczelnika lokomotywowni w Węglińcu, byłem na miejscu tej katastrofy w pierwszej “delegacji” reprezentującej stronę PKP. Zaraz po jej zaistnieniu wraz z naczelnikiem stacji Węgliniec Rysiem Dobrzyńskim pojechaliśmy do Bielawy lokomotywą manewrową SM42 ze stacji Węgliniec. Potem piechotą udaliśmy się wzdłuż torów na stronę niemiecką. Był też z nami tłumacz Pan Szafrański, imienia niestety już nie pamiętam. Śnieg wówczas był do kolan i było mroźno. Przez granicę przepuszczono nas bez przeszkód -mieliśmy specjalne przepustki. Końcowe wagony polskiego pociągu stały na torach (był to pociąg z węglem lub miałem). Sprawdzałem osobiście i na pewno nie były one zahamowane. Przyczyną wypadku był brak hamulca w naszym pociągu. Na 99 % zamknięty był kurek przewodu głównego pomiędzy lokomotywą a wagonami. Nie zostało to do końca wyjaśnione-postępowanie prowadziła policja niemiecka, a strony polskiej prawie nie dopuszczano do jej prac). Sygnalizował to wcześniej maszynista przez radiotelefon, kiedy po minięciu szczytu wzniesienia znajdującego sie mniej więcej w połowie drogi z Węglińca do Bielawy, pociąg zaczął nabierać prędkości. Maszynista hamował tylko samą lokomotywą, ale to nic nie dało. Pociąg rozpędził się do około 100 km/h – nie pamiętam już dokładnie ile to było. W kabinie maszynisty jechał jeszcze dyżurny ruchu na podmianę do Bielawy i żołnierz WOP. Na wysokości nastawni w Bielawie wopista wyskoczył z lokomotywy. Uderzył głową o szynę sąsiedniego toru i zginął na miejscu. Dyżurny ruchu który pełnił służbę w Bielawie wiedział że z Horki wyjechał już pociąg osobowy do Węglińca, ale nie miał z n im 1 łączności. Nasz pociąg miał zostać zatrzymany pod semaforem w Bielawie, ponieważ po stronie niemieckiej był tylko jeden tor. Po stronie polskiej linia jest dwutorowa. Do ostatniej chwili dyżurny wahał się czy skierować pociąg na stronę niemiecką („na krzywo” czy też puścić go na wprost, na żeberko, gdzie stały jakieś wagony mieszkalne, a obok toru stał budynek jednorodzinny). Twierdził, że kilka razy przekładał zwrotnicę to w jedną to w drugą stronę. Nie miał dużo czasu na zastanowienie i ostatecznie zdecydował skierować pociąg na stronę niemiecką. Śmierć ponieśli maszynista i dyżurny ruchu – mieszkańcy Węglińca. Po stronie niemieckiej zginęło chyba 5 pracowników kolei DB, wszyscy którzy znajdowali się w przedniej części pociągu. Był to pociąg, który dowoził pracowników kolei DB na podmianę do Węglińca. Przy okazji zabierali się nim żołnierze WOP mieszkający w tych okolicach. Przeżyło 2 pasażerów – rewident PKP który wracał z Horki i żołnierz WOP. Obaj udali się na koniec pociągu, by tam w osobności spożyć jakieś piwko kupione w Niemczech – w tym przypadku alkohol uratował 2 życia. Po wypadku nasza lokomotywa jeszcze kilka miesięcy stała w Horce – Niemcy powycinali fragmenty piast i obręczy kół do badań laboratoryjnych. Była już późna wiosna lub wczesne lato, gdy w końcu pozwolili nam ją zabrać do Polski. Zrobiliśmy w lokomotywowni Węgliniec specjalne wózki i naszym pociągiem ratunkowym udaliśmy się do Horki, gdzie przy pomocy podnośników podstawiliśmy je pod uszkodzone zestawy kołowe lokomotywy. Potem z prędkością 5 km/h ściągnęliśmy lokomotywę do Węglińca.
Pozdrawiam
W.W.

Dlaczego zainteresowała mnie ta katastrofa? Przede wszystkim dlatego, że miała miejsce niedaleko mojego rodzinnego miasteczka, na wspomnianej już trasie Węgliniec – Horka. Do 2007 r. na tym odcinku znajdowało się polsko – niemieckie kolejowe przejście graniczne dla ruchu towarowego. Wcześniej jednak, przed rokiem 1990, przejście graniczne było zlokalizowane na trasie Bielawa Dolna – Horka i było to przejście graniczne pomiędzy Polską Rzeczypospolitą Ludową, a Niemiecką Republiką Demokratyczną.

Linia kolejowa Węgliniec  – Horka została otwarta dosyć dawno, bowiem w 1874 r. przez Górnołużyckie Towarzystwo Kolejowe. Już ok. 1890 r. na trasie ułożono dodatkowy drugi tor. Na początku XX w. na linii kursowało 8 par pociągów osobowych, w tym 2 pociągi pośpieszne.

Ta ciekawa, choć smutna historia katastrofy kolejowej na pograniczu polsko – niemieckim jest kolejnym, namacalnym dowodem, że historia rozgrywa się wokół nas, a my często stajemy się jej świadkami.

Czy ktoś z Was kiedyś słyszał o tym wydarzeniu? Jeśli tak to czekam na Wasze komentarze.

 

11 thoughts on “Katastrofa na pograniczu”

  1. Piszę, by sprostować kilka informacji zawartych w tym artykule. Jako z-ca naczelnika lokomotywowni w Węglińcu, byłem na miejscu tej katastrofy w pierwszej „delegacji” reprezentującej stronę PKP. Zaraz po jej zaistnieniu wraz z naczelnikiem stacji Węgliniec Rysiem Dobrzyńskim pojechaliśmy do Bielawy lokomotywą manewrową SM42 ze stacji Węgliniec. Potem piechotą udaliśmy się wzdłuż torów na stronę niemiecką. Był też z nami tłumacz Pan Szafrański, imienia niestety już nie pamiętam. Śnieg wówczas był do kolan i było mroźno. Przez granicę przepuszczono nas bez przeszkód -mieliśmy specjalne przepustki. Końcowe wagony polskiego pociągu stały na torach (był to pociąg z węglem lub miałem). Sprawdzałem osobiście i napewno nie były one zahamowane. Przyczyną wypadku był brak hamulca w naszym pociągu. Na 99 % zamknięty był kurek przewodu głównego pomiędzy lokomotywą a wagonami. Nie zostało to do końca wyjaśnione-postępowanie prowadziła policja niemiecka, a strony polskiej prawie nie dopuszczano do jej prac). Sygnalizował to wcześniej maszynista przez radiotelefon, kiedy po minięciu szczytu wzniesienia znajdującego sie mniej więcej w połowie drogi z Węglińca do Bielawy, pociąg zaczął nabierać prędkości. Maszynista hamował tylko samą lokomotywą, ale to nic nie dało. Pociąg rozpędził się do około 100 km/h – nie pamiętam już dokładnie ile to było. W kabinie maszynisty jechał jeszcze dyżurny ruchu na podmianę do Bielawy i żołnierz WOP. Na wysokości nastawni w Bielawie wopista wyskoczył z lokomotywy. Uderzył głową o szynę sąsiedniego toru i zginął na miejscu. Dyżurny ruchu który pełnił służbę w Bielawie wiedział że z Horki wyjechał już pociąg osobowy do Węglińca, ale nie miał z n im 1 łączności. Nasz pociąg miał zostać zatrzymany pod semaforem w Bielawie, ponieważ po stronie niemieckiej był tylko jeden tor. Po stronie polskiej linia jest dwutorowa. Do ostatniej chwili dyżurny wahał się czy skierować pociąg na stronę niemiecką („na krzywo” czy też puścić go na wprost, na żeberko, gdzie stały jakieś wagony mieszkalne, a obok toru stał budynek jednorodzinny). Twierdził, że kilka razy przekładał zwrotnicę to w jedną to w drugą stronę. Nie miał dużo czasu na zastanowienie i ostatecznie zdecydował skierować pociąg na stronę niemiecką. Śmierć ponieśli maszynista i dyżurny ruchu – mieszkańcy Węglińca. Po stronie niemieckiej zginęło chyba 5 pracowników kolei DB, wszyscy którzy znajdowali się w przedniej części pociągu. Był to pociąg, który dowoził pracowników kolei DB na podmianę do Węglińca. Przy okazji zabierali się nim żołnierze WOP mieszkający w tych okolicach. Przeżyło 2 pasażerów – rewident PKP który wracał z Horki i żołnierz WOP. Obaj udali się na koniec pociągu, by tam w osobności spożyć jakieś piwko kupione w Niemczech – w tym przypadku alkohol uratował 2 życia. Po wypadku nasza lokomotywa jeszcze kilka miesięcy stała w Horce – Niemcy powycinali fragmenty piast i obręczy kół do badań laboratoryjnych. Była już późna wiosna lub wczesne lato, gdy w końcu pozwolili nam ją zabrać do Polski. Zrobiliśmy w lokomotywowni Węgliniec specjalne wózki i naszym pociągiem ratunkowym udaliśmy się do Horki, gdzie przy pomocy podnośników podstawiliśmy je pod uszkodzone zestawy kołowe lokomotywy. Potem z prędkością 5 km/h ściągnęliśmy lokomotywę do Węglińca.
    Pozdrawiam
    W.W.

     
    1. Dziękuję za komentarz. Sprostuje oczywiście, skoro teraz mam realnego świadka tamtych wydarzeń. Informacje jakie udało mi się uzyskać były bardzo skąpe, zatem tym bardziej dziękuję.

       
  2. Dziekuje bardzo za ta historie. Wprawdzie mialam juz w ’88 13 lat ale nie pamietam tego wypadku. Czy to znaczy, ze nikt nie zostal pociagniety do odpowiedzialnosci za ta katastrofe? Niesprawne hamulce nie przydarzaja sie ot tak sobie. Musze popytac rodzine, prawie sami kolejarze, moze beda cos pamietac.

     
    1. Dziękuję. Historia jest niezwykła i tragiczna. Raczej nikt nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Tragiczny wypadek i tyle, tak pewnie zakończyła się cała historia. A to już druga katastrofa kolejowa z Węglińcem w tle, ponieważ katastrofa z 1977 r. koło Psie Pola pod Wrocławiem, wydarzyła się z lokomotywą, która miała zakończyć swój bieg właśnie w Węglińcu. Jednak nigdy tam nie dotarła…

       
      1. Ta katastrofe z 1977 roku znam troche lepiej. Dobry kolega mojego ojca byl kierowca tej lokomotywy ktora zmierzala do Weglinca. Tyle jest pytan zwiazanych z ta katastrofa na ktore nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Dziekuje za tego bloga, czytam historie z wielkim zainteresowanie I bede chetnie komentowac. Pozdrawiam

         
        1. Cieszę, że blog zainteresował. W tamtym wypadku z 1977 r., urzekła mnie historia syna maszynisty pociągu Praga – Moskwa, który przejażdżkę pociągiem, lokomotywą dostał w prezencie od ojca na 11 urodziny. Ostatnie urodziny…

           
  3. Były młodszy maszynista .Jakim cudem został dopuszczonu do ruchu na szlak skład nieodprawiony przez druzyne rewidentuw Jazdziłem raz w miesiącu obowiązkowo na tym szlaku gdzie przed wyjazdem rewidenci dokonywali obowiazkowej szczegółowejpróby układu chamulcowego za potwierdzeniem

     
  4. Byłem wtedy zastępcą naczelnika stacji pozaklasowej Węgleniec. W tym dniu miałem dyżur i prowadziłem o godzinie 6,30 odprawę przed zmianową. Odprawy takie prowadzone były dwa razy dziennie o godzinie 6,30 i 19,30 – zmiana kończąca przekazuje pracę zmianie rozpoczynającej. W tym czasie na stacji Węgliniec ruch pociągów towarowych był bardzo duży. Prawie wszystkie tory były zajęte (ok. 20 torów przyjęciowo – odjazdowych). W odprawie przed zmianowej uczestniczyli głownie pracownicy techniczni tj. dyspozytor stacji, dyżurni ruchu towarowi rejonu manewrowego nr 1 (zachód) i rejonu manewrowego nr 2 (wschód) oraz rejonu manewrowego nr 3 (południe+ peron). W odprawie nie uczestniczył dyżurny ruchu posterunku Bielawa Dolna ponieważ wyjeżdżał ostatnim pociągiem towarowym jadący do Horki w zmianie kończącej. To była niedziela i jako dzień wolny od pracy musiałem sprawdzić obecność. Właśnie wtedy około 7:45 zadzwonił do mnie dyspozytor stacyjny informując mnie, że nasz wyjeżdżający pociąg z toru 21 zestawiony 20 lub 22 wagonów z miałem węglowym – brutto pociągu około 2000 t, zderzył się z pociągiem osobowym wiozących pracowników na zmianę dyżuru w Węglińcu. W wyniku kolizji zginęli maszynista lokomotywy ST 43 Pan D, jadący w kabinie maszynisty dyżurny ruchu posterunku ruchu Bielawa Dolna Michał Ś. oraz jeden wojskowy, który zginął zaraz po wyskoczeniu z lokomotywy trafiając głową w ostrą śrubę podkładową oraz 5 pracowników niemieckich. Po odebraniu takiej wiadomości fakt ten zgłosiłem do dyspozytury okręgowej i osobiście poinformowałem dyżurującego dyrektora DDOKP (odebrał Goliszek) podając datę godzinę i miejsce tj. kilometr toru. Na tej podstawie dyspozytor okręgowy wezwał specjalna komisję dyrekcyjną do badania przyczyn wypadków i katastrof złożona z kontrolerów i dyrektorów DDOKP. Ten wypadek zakwalifikowano jako katastrofę ponieważ zginęli ludzie. Ja tym czasem kazałem swojemu dyspozytorowi stacyjnemu do czasu przybycia właściwej komisji uruchomić komisję miejscową złożoną z naczelników poszczególnych służb (stacji, wagonowni, lokomotywowni i inni). Tłumaczem został jak zawsze starszy ajent zdawczy Pana Adam Szafrański, który znał język niemiecki, „nie wiem dlaczego wołaliśmy na niego Janek”. Komisja miejscowa rozpoczęła pracę około godziny 9:00 dokładnie nie wiem. Ja w tym czasie czekałem na komisję dyrekcyjną, która przybyła z dyrektorem Goliszkiem a po przybyciu wydawała mi tyko dyspozycje….ze stacji wróciłem wieczorem. Jaka była wstępna przyczyna wypadku – otóż bardzo prosta. Rewident taboru ze strony niemieckiej wykonywał szczegółową próbę hamulca. Lokomotywa podpięta do składu i wyplenionym powietrzem, przy czwartym lub przy pierwszym już nie pamiętam, ale prawdopodobnie przy czwartym wagonie od lokomotywy uciekało powietrze z węża, więc rewident niemiecki wszedł pomiędzy wagony zamknął powietrze rozłączył węże i wymienił uszczelkę połączył węże ale nie otworzył krany, może zmęczenie a może uciął pogawędkę z ajentem oczywiście niemieckim. Niemiecki ajent dostarczył dokumenty a rewident zgłosił gotowość pociągu do odjazdu no i w takim stanie wyjechał…… Dyżurny ruchu w Bielawie Pan P. w rozmowie po wszystkim…. wiedziałem, że parę minut temu wyjechała z Horki tzw. „klasa” a z z polską lokomotywą nie miałem łączności, tyko wiedziałem że się zbliża…..Od strony polskiej do Nysy prowadzą dwa tory, a rozjazd przed Nysą kieruje na ruch w jedno torowy, drugi tor jest ślepy zakończony w tzw. żeberkiem z wagonami mieszkalnymi. Nie wiedziałem co robić albo puścić ciężki pociąg w to żeberko i wpuścić pociąg do Kwisy albo liczyć że zaraz za granicą na zakręcie gdzie jest wzniesienie może maszynista da radę wyhamować pociąg, lub sygnałem dźwiękowym da znać pociągowi jadącemu z przeciwka tym samym torem…. Po ciężkim wahaniu Dyżurny ruchu zdecydował sie puścić pociąg przez rozjazd w stronę Horki….liczył , że sie uda…zatrzymać pociąg.
    Jako ciekawostkę związana z tym wypadkiem muszę powiedzieć że dyżurny ruchu który zginął jadąc w kabinie maszynisty, był wyznaczony do pracy za innego pracownika z czego nie był zadowolony a wręcz się zdenerwował do tego stopnia, że w liście obecności przy swoim podpisie zamieścił adnotację „ostatnia służba”. Również jako ciekawostkę muszę wspomnieć, że po wielkich staraniach o odzyskanie zwłok maszynisty Pana D. i dyżurnego ruchu Pana Ś. od strony niemieckiej dwukrotnie byliśmy w medycynie sądowej niemieckiej w Gorlitz wraz z Panem Adamem Szafrańskim i dopiero warunkowo wydano nam zwłoki. Mówiąc warunkowo ponieważ niemieckie procedury zabraniają wydawania zwłok nie oficjalnie nie zakładom pogrzebowym i to na szczeblu nie państwowym. Dopiero nasze prośby i przekonywanie ich, że my jako PKP chcemy rodzinom w ten sposób podziękować za ich pracę dopiero ich przekonały. Ze wspomnień ocalałego polskiego rewidenta taboru Józefa Sz. – wiecie dlaczego ocalałem, no dlatego, że kupiliśmy sobie butelkę wódki i poszliśmy z żołnierzem do ostatniego wagonu spokojnie sobie ją wypić…
    Pozdrawiam serdecznie J.Ł.

     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *