Katastrofa w przestrzonach. Lot PLL LOT 149

Transport lotniczy należy do jednych z najbezpieczniejszych form komunikacji, mimo to zdarzają się czasem katastrofy i wypadki lotnicze. Jedną z ciekawszych katastrof jakie miały miejsce na Dolnym Śląsku o ile oczywiście można tak napisać, było wydarzenie z dnia 24 stycznia 1969 roku pod Wrocławiem.

To wówczas doszło do rozbicia  samolotu Polskich Linii Lotniczy LOT o numerze rejestracyjnym SP – LTE. Samolot ten wykonywał kurs z warszawskiego Okęcia na lotnisko Wrocław – Strachowice. Panowały wówczas bardzo złe warunki pogodowe. Lądowanie utrudniała gęsta mgła. Maszyna wystartowała o 16.35, a ok. godziny 17.35 znajdowała się w okolicach Wrocławia. Katastrofa która miała miejsce jest zdarzeniem specyficznym, a zarazem szczęśliwym. W jej wyniku nikt nie zginął, a jedynie kilka osób odniosło drobne obrażenia. Za sterami samolotu, w dzień feralnego lotu 149, siedział kapitan Rudolf Rembieliński. Drugim pilotem był Czesław Kamiński, mechanikiem pokładowym Henryk Kruk. Na pokładzie znajdowała się ponadto stewardesa oraz 44 pasażerów.

Lot do Wrocławia odbywał się na maszynie produkcji radzieckiej – An – 24. Antonow to samolot krótkiego zasięgu, o napędzie turbośmigłowym. Samoloty tego typu były produkowane w latach 1959 – 1979. Po dziś dzień są eksploatowane w szczególnie w krajach afrykańskich i oczywiście w państwach byłego Związku Radzieckiego. W Polsce, PLL Lot dysponował Antonowami typu RV. Samoloty te zostały wycofane po roku 1991. Przyczyniły się do tego katastrofy lotnicze z ich udziałem, głównie z dnia 2 listopada 1988 roku, gdy 32 kilometry od lotniska Rzeszów – Jesionka rozbił się wspomniany Antonow. W wyniku tego wypadku zginęła 1 osoba. Antonowy mierzą 23 metry długości. Ich rozpiętość skrzydeł to 29 metrów, a prędkość maksymalna 500 km/h. Jak większość samolotów radzieckich tamtej epoki, cechowała je nadmierny hałas, zarówno w środku jak i na zewnątrz.

W czasie rejsu 149, samolot podchodził do lądowania podczas gęstej mgły.Według komisji, która badała ten wypadek, kapitan nie zachował podstawowych zasad bezpieczeństwa i rozpoczął procedurę choć pas startowy był niewidoczny.  Samolot zaliczył twarde lądowanie ok. godziny 17.35, w okolicy osiedla Muchobór – Wielki. Zaczepił  o drzewa, następnie o przewody wysokiego napięcia i trakcję kolejową linii Wrocław – Wałbrzych. Następnie skosił słupy oświetleniowe i to dzięki jednemu z nich, który stanął na jego drodze, nie wpadł do znajdującego się obok stawu. Po uderzeniu w ziemię z prędkością 200 km/h i staranowaniu powyższych przeszkód, zatrzymał się w poprzek drogi. W rejonie nieudanego lądowania znajdowała się Wrocławska Fabryka Mebli. Pracownicy którzy usłyszeli warkot  silników, udali się szybko na miejsce katastrofy. Mgła była  tak gęsta, że nie od razu ujrzeli rozbity samolot.

Ewakuacja z uszkodzonej maszyny przebiegła dość szybko. W samolocie zapadła ciemność. Byli zmuszeni skakać prosto na ziemię. Nie było trapu. Na szczęście samolot nie należał do dużych, wysokich maszyn. Pracownicy fabryki mebli zaprowadzili pasażerów i załogę do jednej z hal produkcyjnych. Wezwano pogotowie i straż pożarną. Kilku podróżnych odniosło drobne obrażenia. Ranni zostali kapitan i drugi pilot. Zostali oni przewiezieni do szpitala. Pozostałą część  przewieziono autobusem do wrocławskiego oddziału LOT – u. Zdjęcie rozbitego samolotu dostępne pod tym linkiem.

Co dziwne, nikt nie krzyczał, żaden z pasażerów się nie odezwał, nie było słychać lamentów, żadnej histerii, kompletna cisza. Miałam świadomość, że zaraz zginę. Zobaczyłam jakby film, sceny z mojego życia – opowiada jedna z pasażerek, który An -24 wracała z podroży służbowej [za http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,13180209,Wymazana_katastrofa.html].

Przyczyną katastrofy pod Wrocławiem był ewidentny błąd pilota i niezachowanie procedur bezpieczeństwa. Kapitan został poinformowany, że widoczność na lotnisku wynosi 800 metrów. Minimum dla Wrocławia – Strachowic wynosiło 1100. Bardzo możliwe, że kapitan Rembliński chciał wylądować, uznając że poradzi sobie w tej sytuacji. Prawdopodobnie podczas zniżania lotu, aby spoza chmur zobaczyć ziemię, samolot zniżył się zbyt nisko. Zahaczając o drzewa nie było już ratunku. Los maszyny został przesądzony. Całe szczęście nikt poważnie nie ucierpiał. Pamiętajmy, że maszyna w końcowej fazie lotu, poruszała się z prędkością 200 km/h. To cud, że nikt nie zginął.

Po wypadku obaj pilocie stracili uprawnienia i zostali zwolnieni z LOT -u. Rozbita maszyna nadawała się jedynie do kasacji. Obecnie Antonowy latają jeszcze m.in. na Kubie, w Uzbekistanie, Ukrainie, Korei Północnej. W naszym kraju obsługiwały one jedynie krótkie trasy krajowe i europejskie. Po wprowadzeniu do eksploatacji Tu – 134, latały jedynie między krajowymi lotniskami i do Kijowa. W roku 1991 definitywnie wycofane z użycia.

Niestety tyle szczęścia nie mieli pasażerowie An – 24, którym podróżowali z Warszawy do Krakowa, w kwietniu tego samego roku. W wyniku uderzenia samolotu o zbocze Policy zginęły 53 osoby. Katastrofa ta nie została nigdy jednoznacznie wyjaśniona. Istnieje wiele różnych hipotez, o których więcej na tej stronie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *