Skok stulecia – napad na bank w Wołowie

Dziś przenosimy się do Wołowa, niewielkiego miasteczka na Dolnym Śląsku. Wołów stał się areną niecodziennych wydarzeń o mocnym zabarwieniu kryminalnym. W sierpniu 1962 r. o tym podwrocławskim mieście pisały wszystkie lokalne i ogólnopolskie gazety. Z miejscowego oddziału Narodowego Banku Polskiego wyparowało kilkanaście milionów złotych. Oto historia skoku stulecia…

Dług

Wołów, niewielkie miasto, usytuowane w odległości ok. 40 kilometrów od Wrocławia. To właśnie w tym mieście zdarzył się jeden z najgłośniejszych napadów na bank. Cała historia wydarzyła się już dość dawno – 19 sierpnia 1962 roku. Jednak skala napadu i zrabowana suma może zaszokować nawet dziś.

Geneza napadu jest dość prozaiczna. Jeden z mieszkańców był winien miejscowemu taksówkarzowi dość sporą sumę pieniędzy i kiedy ten znów się o nią upomniał, dłużnik odpowiedział z wyrzutem – „To co mam zrobić? Chyba napadnę na bank!”. Ta myśl pozostała w głowach kolegów. Znajomi pomyśleli, że czemu nie? Warto, przecież spróbować.

W mieście znajdował się tylko jeden bank – oddział Narodowego Banku Polskiego. Choć był nieduży, to właśnie w nim gromadzono wszystkie utargi z okolicznych sklepów i zakładów pracy. Pamiętajmy, że w ówczesnych latach 60. były one w większości państwowe. W NBP gromadzono także pieniądze na wynagrodzenia dla pracowników okolicznych przedsiębiorstw. Suma jaką dysponowało lokalne NBP była ogromna i warta uwagi.

Bank był słabo zabezpieczony. Na zmianę pilnowało budynku dwóch strażników. Od godziny 15.00 do 22.00 nie było w zamkniętym już oddziale żadnego wartownika, a od 22.00 był zaledwie jeden.

W prasie pisało się i nadal pisze się o gangu z Wołowa. Myślę, że jest to za duże słowo w stosunku do sprawców napadu. Nigdy wcześniej nie mieli problemów z prawem. A ich złodziejski proceder miał charakter jedynie jednorazowy.

W skład grupy wchodzili:

  • Mieczysław F.– właściciel zakładu naprawy telewizorów,

  • Józef S. – właściciel zakładu rymarskiego,

  • Wiktor K. – taksówkarz, posiadał w mieście 2 taksówki,

do tej grupy dołączył także, Rudolf D. – pracownik banku, który był ojcem ośmiorga dzieci, zatem pieniądze uzyskane z napadu na pewno by mu się przydały.

Ten ostatni członek złodziejskiej szajki był ważnym elementem misternego planu. Dzięki niemu, cała grupa wiedziała wszystko co się dzieje się w banku. Przełomem w planowanym napadzie był zwykły przypadek. Trzy miesiące przed napadem zacięły się drzwi do skarbca. Wezwani z Wrocławia technicy nie mogli jednak otworzyć zamka. Zatem postanowiono dostać się do niego przez sufit i od wewnątrz otworzyć pancerne drzwi.

Dzięki Rudolfowi D., informacja o tym incydencie trafiła do pozostałych członków grupy. Złodzieje postanowili powtórzyć całą operację i w ten oto sposób przedostać się do pancernej kasy, która znajdowała się w pomieszczeniu. Przywódcą grupy został Mieczysław F., który był na tyle sprytny, że polecił swoim współpracownikom pomalować wszystkie skompletowane narzędzia ślusarskie na kolor szary. Tak aby nie obijały światła.

Gorąca sierpniowa noc

19 sierpnia 1962 r. grupa znajomych zrealizowała swój misterny plan. Złodzieje zakradli się do klatki schodowej łączącej część mieszkalną z budynkiem banku. Po wyjściu sprzątaczki, przed godziną 22.00 ukryli się w piwnicy. O 22.00 zaczynał swoją służbę strażnik Marian Stelmarczyk. Gdy swój obchód rozpoczął właśnie od piwnicy, został zaatakowany przez napastników. Początkowo myślał, że jest to żart, jednak gdy usłyszał – „To jest napad, ręce do góry!” Zrozumiał, że jego sytuacja jest dość poważna. W piwnicy, napastnicy na rozłożonym płaszczu położyli strażnika, a następnie dokładnie go skrępowali.

Złodzieje udali się do pomieszczenia powyżej skarbca aby tam wykuć otwór i dostać się do pieniędzy. Emocje były ogromne. Przekuwanie się przez strop trwało 2 godziny, a rozwiercanie kasy pancernej kilka godzin. Niektórzy z grupy chcieli już dać za wygraną i uciec z niczym. Jednak przywódca bandy Mieczysław F. miał przy sobie pistolet. Stary, z czasów wojny, ale sprawny i tym samym zagroził, że jeśli ktoś się teraz wycofa to zastrzeli go na miejscu.

Udało się. Z kasy pancernej znajdującej się w skarbcu bankowym zabrano 2 duże i kilka mniejszych worków z pieniędzmi.

A co dokładnie skradziono? Przede wszystkim banknoty o wysokich nominałach 500 złotych oraz po 100otych. Także banknoty 20 – sto złotowe. Pozostawiono jedynie monety, które były za ciężkie. Z wołowskiego oddziału NBP skradziono łącznie sumę 12 531 000 złotych. Dla porównania, w tym czasie średnie wynagrodzenie wynosiło 1680 otych. Minimalne zaś 850 złotych. W latach 60. kilogramowy bochenek chleba kosztował 5 złotych, kostka masła w zależności od gatunku od 16 do 18,75 złotych. Aby kupić nowy telewizor Alga, trzeba było wydać 6000 złotych. Zatem zrabowana kwota była jak na owe czasy ogromna.

Złodzieje wywieźli taksówką jednego z kompanów zrabowane pieniądze. Za miastem, w umówionym miejscu podzieli się łupem i po raz kolejny doszło do sprzeczki. Znów musiał interweniować przywódca grupy.

Śledztwo na szeroką skalę

Rano, gdy sprzątaczka przyszła do pracy, od razu popadła w złość – „Cholera! Ten Gajo zawsze ten motor mi tu wprowadza. Pełno teraz tu tego oleju”.

Bandyci aby zatrzeć ślady rozlali w skarbcu olej silnikowy, miało to zgubić trop psów.

Na korytarzu i w piwnicy znajdowała się duża ilość rozlanego oleju. Nieświadoma sprzątaczka po chwili ujrzała związanego wartownika. Gdy pomogła mu się uwolnić, ten co tchu w nogach pobiegł na posterunek milicji.

Śledztwo od razu „ruszyło z kopyta”. Do Wołowa ściągnięto posiłki z okolicznych powiatów. Przyjechała także grupa dochodzeniowo – śledcza z Komedy Głównej.

Na pierwszy rzut, przesłuchano strażnika. Istniała hipoteza, że to on mógł być tak naprawdę w zmowie z bandytami. Na jego nieszczęście, milicja w jego domu znalazła worki z banku, z czerwonym pasem. Okazało się jednak, że wypożyczył je na potrzebę żniw, bowiem nie miał w co przesypać zboża.

Śledczy wiedzieli, że jeden ze sprawców musi wywodzić się z banku. Złodzieje zbyt dokładnie orientowali się w rozkładzie poszczególnych pomieszczeń i wiedzieli o wcześniej już wykutym otworze.

Postanowiono użyć podstępu. Władze puściły plotkę, że w niedługim czasie przeprowadzona zostanie wymiana pieniędzy. Choć cała operacja byłaby dużo bardziej kosztowna niż zrabowany łup, to po części fortel udał się.

Grupa znajomych postanowiła w większym stopniu upłynniać gotówkę. Pieniędzy nie wydawali na terenie powiatu wołowskiego. Jednak w całej Polsce były znane w większości sklepów i lokali gastronomicznych, numery i serie banknotów 500 złotowych. Takimi głównie dysponowali złodzieje.

A wszystko przez kobietę…

Grupa z Wołowa co raz częściej podróżowała po kraju i wydawała pieniądze. Pewnego razu, podczas takiego wyjazdu małżonce jednego z członków złodziejskiej szajki, wpadła w oko elegancka narzuta za 250 złotych. Wyciągnęła więc z portmonetki 500 złotych i wróciła do sklepu. Gdy wręczyła ekspedientce banknot o wysokim nominale, ta zaczęła się przyglądać i zorientowała się, że to jeden z tych skradzionych. Podejrzenie na siebie rzuciła sama kobieta, która spanikowała i powiedziała do sprzedawczyni – „Co, pewnie fałszywy? Niech Pani odda. Trudno, podrę go. Moja strata”. To już tylko utwierdziło w swoim przekonaniu ekspedientkę. Zamknęła się w jednym z pomieszczeń i przez okno poprosiła przechodniów o wezwanie milicji. Szajka z Wołowa wpadła. A wszystko przez kobiece zachcianki…

Banknot 500 złotych, będą w obiegu w latach 1950 - 1977
Banknot 500 złotych, będą w obiegu w latach 1950 – 1977

 

Przestępstwo (nie)doskonałe

Gang z Wołowa jak później później nazwano grupę, po incydencie w sklepie został zatrzymany. Wszyscy przyznali się od razu do winy. W grudniu 1962 r. rozpoczął się proces. Głównym oskarżonym groziła nawet kara śmierci. Biuro KC PZPR domagało się od prokuratury prowadzącej śledztwo takiej właśnie kary. Prokurator zapewniał jednak, że żadnych nacisków nie było. Nie mniej jednak członkowie szajki, którzy bezpośrednio byli zaangażowani w skok stulecia otrzymali dożywocie. Ich krewni, za pomocnictwo po kilka lat więzienia. Dożywotnie wyroki zostały zamienione po kilku latach na 25 lat pozbawienia wolności, aż w końcu skrócono je do 17 lat więzienia.

Obecnie większość z osób uwikłanych w napad już nie żyje. Czy byli faktycznie zorganizowaną grupą przestępczą? Raczej nie, bardziej grupą znajomych, którym przyszedł do głowy mało realny pomysł. Dodatkowo kiepsko wykonany, choć pewne zamyślenia były sprytne.

Czy w ogóle istnieje pojęcie zbrodni doskonałej? W tym przypadku raczej przestępstwa. Kradzież nie jest uznawana za zbrodnię, choć co ciekawe fałszowanie pieniędzy już tak. Z pomocą przyjdzie nam ekspert do spraw kryminalistyki, dr Rafał Cieśla, z Uniwersytetu Wrocławskiego. Według dra Cieśli nie istnieje zjawisko zbrodni doskonałej. Czemu? Przede wszystkim każdy przestępca pozostawia różne ślady. Nawet najlepszy misterny plan jest tylko planem. Nie zawsze wszystko idzie tak jak sobie ktoś zaplanuje. W dobie nowoczesnych metod śledczych pojęcie zbrodni doskonałej jest już tylko mitem.

A jakie ślady pozostawili członkowie grupy z Wołowa? Przede wszystkim niedopałek papierosa „Sport”. Na desce, na której ustawiony został lewarek – odbiła się nazwa producenta. Po tym śladzie ustalono, że został on zakupiony we wrocławskim Motozbycie. Na jezdni pozostały ślady opon, które mogły należeć do samochodu marki Nysa, Żuk lub Warszawa. Postawiono na to ostatnie auto. Samochód ten podczas ucieczki z miejsca przestępstwa uderzył o kamień, na którym pozostała rysa. Podobna była widoczna na karoserii Warszawy. Najciekawsze jest to, że milicja szukała samochodu – Warszawy – użytej podczas przestępstwa, a taksówkarz Wiktor K., woził milicjantów na różne czynności operacyjne, właśnie tym autem. Taksówkarz znał zatem bardzo dobrze przebieg śledztwa. Pewnego razu, pies milicyjny ugryzł lekko taksówkarza, a opiekun psa skarcił go mówiąc – „Swojego nie poznajesz!?” Tak naprawdę dowody przestępstwa były pod nosem, ale dopiero niefrasobliwość przestępców i ich krewnych doprowadziła do wpadki.

Zaskakująca jest też postawa Rudolfa D., pracownika banku, którego koledzy nie wydali podczas przesłuchań, ale on sam się zdradził. Stał się nierozgarnięty, nerwowy i to wzbudziło podejrzenie jego współpracowników i milicji. Również został aresztowany.

Po napadzie na wołowski oddział Narodowego Banku Polskiego, postanowiono wzmocnić zabezpieczenia w banku, lepiej zorganizować jego ochronę. Został także zwolniony ówczesny dyrektor. Milicja w wyniku śledztwa odzyskała ponad 11 000 000 zł.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *