Jak zginął Bolesław Kubik

Bolesław Kubik – pierwszy powojenny, polski burmistrz Bolesławca, zginął w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Kwestia jego śmierci budzi po dziś dzień wiele kontrowersji. Dyskusja na ten temat jest bardzo ożywiona. Na ten temat wypowiedziało się już kilku autorów, historyków i lokalnych badaczy historii. Także mieszkańcy Bolesławca mają swoje zdanie w tej sprawie. Zainteresował mnie ostatnio tekst pana Sebastiana Zielonki pt. „Dawny Bolesławiec: ulica Bolesława Kubika”. Pod tekstem rozgorzała dyskusja. Zaczęto wskazywać na niektóre fakty, które mają się nie pokrywać z prawdą. Jeden z Internautów napisał:I wyszła ignorancja […] i powielanie bzdur. Kubik i inni nie zginęli od miny, to był niewybuch […]”. Inny komentujący również ciekawie stwierdził: „Ale bzdurą […] jest twierdzenie, że w Bolesławcu i ” na tym terenie” działało niemieckie podziemie!”.

Zatem jak to dokładnie było? Nieścisłości jest wiele. Aby odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania, należy przede wszystkim skupić się na momencie wypadku (jeśli był on rzeczywiście przypadkiem) i śmierci Kubika. Należy także skonfrontować fakty czy istniało i w jakiej formie niemieckie podziemie? Tylko wówczas pojawi się pełniejszy obraz do dalszej dyskusji.

Jednym z pierwszych tekstów, który obala spiskową teorię jest tekst Broniszewskiego zatytułowany „Jak się robi historię bolesławiecką” (na łamach bobrzanie.pl). Autor wskazuję, iż nie ma żadnych przesłanek aby twierdzić, że tragiczna śmierć burmistrza Kubika to efekt bomby lub celowego działania. Wskazuje też powielanie nieprawdy przez m.in.. Wikipedię. Sam również kiedyś dotarłem do takiej spiskowej wzmianki w Wikipedii, dziś jednak została ona już edytowana i nie mówi w żadnym przypadku o zamachu.

Tematem zajęli się również Bernard Łętowski („Przypadek czy zamach?” na łamach bolesławiec.naszemiasto.pl) oraz Zdzisław Abramowicz wymieniany w tym tekście. Obaj autorzy zastanawiają się czy faktycznie było to zorganizowana akcja pohitlerowskiego podziemia czy zwykły tragiczny wypadek. Pan Abramowicz wysuwa tezę, że przecież nikt nie spodziewał się że nowa miejska administracja będzie pracować przy żniwach z jednym z dawnych majątków ziemskich. Ponadto przy pracach udział brali także sami Niemcy, a Freies Deutschland (dalej FD) nie ryzykowałoby śmierci swoich rodaków. Ponadto ewidentna wina FD to także efekt PRL – owskiej propagandy. Według Abramowicza Bolesław Kubik zostaje ciężko ranny w wyniku wybuchu miny przeciwpiechotnej lub innego niewybuchu.

Takie założenie jest faktycznie racjonalne, mimo wszystko najlepiej sięgnąć do źródeł i samemu wyrobić swój pogląd na tą kwestię. Jednym z podstawowych źródeł historycznych jest protokół przechowywany w lubańskim oddziale Archiwum Państwowego we Wrocławiu. Oto treść protokołu:

Protokół

zeznania naocznych świadków tragicznego wypadku śmierci śp. ob. Jasztala Józefa, Kubika Bolesława i innych wskutek wybuchu miny dnia 21.7. b.r. we wsi Tylinów (Tillendorf) koło Bolesławca.

Świadek: Jamski Włodzimierz urodzony 25 IX 1921 r. (IX ręcznie poprawione) zeznaje:

Dnia 21.7.b.r. została zorganizowana z inicjatywy Starostwa akcja żniwna, w której brali udział urzędnicy jak i miejscowa, ludność niemiecka. O godz. 9.30 w majątku miejskim Tylinów (Tillendorf) przy wynoszeniu powróseł do wiązania snopów, nadepnięto na zamaskowaną minę, skutkiem wybuchu której 4 osoby zostały zabite. Jasztal i Kubik na skutek ciężko odniesionych ran zmarli w szpitalu.

Zeznał:

Protokołował: (podpis nieczytelny)

Bolesławiec, dnia 29.10.1945.

Protokół dot. śmierci Kubika, fot. R. Bacmaga, Archiwum Główne Akt Dawnych, Commons.wikimedia.org
Protokół dot. śmierci Kubika, fot. R. Bacmaga, Archiwum Główne Akt Dawnych, Commons.wikimedia.org

Protokół Jamskiego ewidentnie wskazuje, że przyczyną odniesionych ran i później śmierci, było nadepnięcie na minę. Zamyka to spekulacje co do eksplozji niewybuchu. Czarno na białym świadek zdarzenia wskazuje na minę.

Innym źródłowym dowodem jest Metryka śmierci, w której potwierdzono, iż Bolesław Kubik urodzony 12.7.1918 w Starachowicach, zmarł w Bolesławcu 22.7.1945 roku. Metrykę wystawiono 24.7.1945. Jest to o tyle istotne, ponieważ na tablicy znajdującej się na miejskim ratuszu, upamiętniającej burmistrza jak i pozostałe osoby, wskazuje się 21.7.1945 roku jako datę śmierci wszystkich ofiar. W stosunku do burmistrza jest to nieścisłość.

Bolesław Kubik ciężko ranny w brzuch, zmarł na drugi dzień w szpitalu. Pierwotnie pochowany na cmentarzu przy ulicy Garncarskiej. Następnie jego szczątki zostały przeniesione na nowy cmentarz przy ulicy Śluzowej. Na miejscu w majątku zginęli Anna Pawełkiewicz, Władysław Orlik, Władysław Burakowski oraz jeden Niemiec.

Metryka śmierci B. Kubika, fot. R. Bacmaga, Archiwum Główne Akt Dawnych Commons.wikimedia.org
Metryka śmierci B. Kubika, fot. R. Bacmaga, Archiwum Główne Akt Dawnych Commons.wikimedia.org

Kubik w chwili śmierci miał zaledwie 27 lat. Do Bolesławca przyjechał wraz z Pełnomocnikiem Rządu na Obwód 36. Swoje obowiązki burmistrza wykonywał zaledwie kilka tygodni. W lipcu, podczas żniw postanowił wraz ze swoimi współpracownikami zebrać plony z 20 – hektarowego gospodarstwa znajdującego się w późniejszych Bolesławicach, obecnie rejonie ulicy Ceramicznej. Chciał uzupełnić zasoby zboża, które przecież było niezmiernie potrzebne. Nieszczęśliwy wypadek skończył się tragicznie. Wiemy prawie na pewno, że pohitlerowskie podziemie nie brało udziału w tym zdarzeniu, nie mniej jednak czy istniały struktury niemieckiego podziemia w Bolesławcu i jego okolicy?

Struktury takie istniały na pewno i organizacja Freies Deutschland („Wolne Niemcy”) była obok Werwolfu, jedną z najaktywniejszych niemieckich bojówek. W samym Bolesławcu (niemieckim Bunzlau) mieszkało po wojnie, do momentu wysiedleń, ok. 3000 Niemców, a w samym powiecie bolesławieckim ok. 6000. Rola FD, jako groźnej organizacji, mającej destabilizować i niszczyć polską administrację była znacząca. Taką tezę wysuwa też Robert Primke i Maciej Szczerepa, którzy w swojej pracy „Werwolf tajne operacje w Polsce”, nie pomniejszają roli tej organizacje, a wręcz odwrotnie. Jakiś czas temu na moim blogu pojawił się ciekawy komentarz dotyczący FD. Internauta napisał w nim m.in.:

FD to wymysł komunistycznej propagandy, nawet Wojskowy Sąd Rejonowe we Wrocławiu sądzący tę rzekomą grupę w 1946 roku ustalił, iż brak jest dowodów na przypisanie oskarżonym winy za zniszczenie wymienionych zakładów” [mowa o zakładach w Czernej i Zebrzydowie, w gminie Nowogrodziec, podpalonych przez organizację Wolne Niemcy].

Natomiast źródła stwierdzają jednoznacznie, że podpalenia obu zakładów dokonało FD. Relacje taką przedstawia Wiesław Dobrzycki („W potrzasku”):

Nocą oddział dywersyjny wyruszył do Czernej. Kilkuosobowe grupy sabotażystów wtargnęły do fabryki. Jedni polewali benzyną maszyny, inni wkładali w nie ładunki wybuchowe. […] Gdy nadbiegli pierwsi polscy robotnicy, w płonących zabudowaniach fabrycznych zaczęły wybuchać ładunki wybuchowe. O podjęciu akcji ratunkowej nie mogło być mowy. Potężne detonacje wstrząsnęły ścianami hal fabrycznych. Ogień strawił maszyny i urządzenia. […] Fabryka spłonęła prawie doszczętnie” [R. Primke, M. Szczerepa, Werwolf tajne operacje w Polsce, s. 110, Kraków 2008].

Spalenie fabryki dachówek w Czernej miało miejsce w listopadzie 1945 roku. Kilka dni później dochodzi do zniszczenia zakładów ceramicznych w Zebrzydowie. Bojówkarze podczas odwrotu po udanej akcji, zastrzelili 2 milicjantów. Na terenie Bolesławca także dochodziło do podobnych wydarzeń. „Wolne Niemcy” dokonały sabotażu na cegielnię w Bolesławcu. Podłożono również minę na basenach, w wyniku której zginęło 38 sowieckich żołnierzy. Także mina eksplodowała w bolesławieckich koszarach – śmierć poniosło kilku polskich żołnierzy. Prawdopodobnie także członkowie FD wysadzili radziecki pociąg towarowy. W wyniku zdarzenia zginęło 7 Sowietów.

Jak widać FD („Wolne Niemcy”) to nie jedynie wymysł polskiej propagandy. Aby to zrozumieć, należy mieć na uwadze fakt, że rejon Dolnego Śląska jako Ziemie Odzyskane, to rejon szczególny. Na Dolnym Śląsku nie było ugruntowanej polskiej administracji. Nie istniały polskie struktury, a przede wszystkim ludność niemiecka stanowiła przeważającą większość. Tym bardziej niemieckim bojówkom było łatwiej organizować się i działać. Posiadali oni wsparcie niemieckiej ludności. Bolesławiec jak i okoliczne miejscowości otaczały gęste lasy, ułatwiające konspiracje.

Na terenie Bunzlau przebywało ok. 200 członków „Wolnych Niemiec”. Ich przywódcą był znany w mieście inżynier Artur Kühne. Oswobodzony z radzieckiej niewoli, rozpoczął prace mające ponownie uruchomić sieć elektryczną i wodociągową w Bolesławcu. Był to człowiek niezwykle przebiegły, który wykorzystał swoją pozycję. Otoczył się niemieckimi robotnikami, którzy de facto również wchodzili w skład dywersyjnej organizacji. Inżynier często wyjeżdżał do Wrocławia, a nawet Berlina, w celu zdobycia części zamiennych, które były niezbędne do funkcjonowania sieci. O części te nie było w tamtym okresie łatwo. Wyjazdy jednak miały także charakter łącznikowy. Zdawał relacje swoim przełożonym. Informował co dokładnie dzieje się w Bolesławcu i jak funkcjonuje polska administracja.

„Wolne Niemcy” po około roku swojej działalności zostały rozbite. Niestety działania śledcze prowadzone były trochę na oślep. Przykładem tego jest tragiczny przypadek księdza Paula Sauera.

Duchowny został bezpodstawnie oskarżony o współpracę z FD. Taki stan rzeczy jak najbardziej odpowiadał Urzędowi Bezpieczeństwa. Dywersyjna działalność księdza doskonale ukazywała jak to niemiecki ksiądz niszczy wszystko co polskie. Niestety wszelkie donosy na ks. Sauera były sfałszowane. Donosy te i fałszywe meldunki pisał jego rodak dr Georg van Tall. Ów lekarz był agentem UB, współpracował także z radzieckimi służbami – NKWD lub Szmiersz. Doktor Tall był cynicznym człowiekiem, pozbawionym honoru. Sam zapraszał księdza do siebie, na słuchanie audycji radiowych. Twierdził później w swoich raportach, iż ksiądz dokładnie zapisywał informacje jak usłyszał w radiu. Na podstawie tych notatek, miał m.in. szerzyć nieprawdziwe informacje jakoby miała wybuchnąć wojna między Ameryką, a Rosją, a Dolny Śląsk nigdy nie będzie polski [Ibidem].

Ksiądz Sauer był więziony i torturowany w piwnicach obecnego Młodzieżowego Domu Kultury. Został w końcu zwolniony, jednak na skutek tortur zmarł w niedługim czasie po odzyskaniu wolności.

Przykład księdza pokazuje jak bardzo zależało władzy na rozprawieniu się z Freis Deutschland. Podczas śledztwa aresztowano 100 osób zaangażowanych w działalność antypolską. Na śmierć skazano m.in. inżyniera Küchna i jego bliskich współpracowników. Stracono także niemiecką młodzież w wieku 14 – 16 lat, która miała jakiekolwiek związki z FD. Pojawił się wyżej zarzut, że sąd wojskowy nie znalazł żadnych dowodów na istnieje takiej organizacji i dokonanie przez nią akcji sabotażu. Gdyby jednak tak było to wielu osób, w tym nieletnich nie skazano by na śmierć. Wielu członków FD zmarła w więzieniu.

Myślę, że rola FD jest mimo wszystko dziś niedoceniania. Tak szalone reperkusje wobec Niemców są jednym z dowodów, że panicznie bano się niemieckich bojówek. UB musiało za wszelką cenę rozwiązać ten problem. W wielu przypadkach działano na ślepo, ale udało się schwytać główne kierownictwo „Wolnych Niemiec”. Udana akcja Urzędu Bezpieczeństwa została wykorzystana propagandowo. Źli Niemcy zostali pokonani przez przez świetnie działające polskie służby. Taki przekaz poszedł w eter. W taki sposób pisała polska propagandowa prasa.

Wspominając o „Wolnych Niemczech” nie można nie wspomnieć o Werwolfie. Organizacji jeszcze bardziej niebezpiecznej i lepiej zorganizowanej. Swoje struktury wzorowali na polskim Państwie Podziemnym. Tworzyli nieduże, kilkuosobowe oddziały. Werwolf działał w rejonie Bolesławca, Lubania, Legnicy, Wrocławia, Wałbrzycha i Bystrzycy.

 

13 thoughts on “Jak zginął Bolesław Kubik”

  1. Traktowanie żółtego tygrysa jako „źródło” nie jest poważne 🙂 Nie wiem na jakiej podstawie sądzisz, iż ks. Sauer został zatrzymany bezpodstawnie – w przeciwieństwie do pozostałych aresztowanych. „Dowody” ich działalności były bowiem równie nikłe jak w przypadku ks. Sauera. Zresztą już na pierwszy rzut oka w dotychczasowych publikacjach poświęconych Freies Deutschland możemy odnaleźć wiele sprzeczności. Funkcjonariusze UB raz twierdzą, że Freies Deutschland miała być organizacją kadrową, by w innym dokumencie pisać, iż jednym z głównych zadań było umasowienie organizacji poprzez werbowanie nowych członków. Raz Freies Deutschland ma być organizacją skupiającą w swoich szeregach przede wszystkim specjalistów z zakresu dywersji, sabotażu, łączności: elektryków, minerów, radiotelegrafistów czy inżynierów, by później na potrzeby bolesławieckiego procesu zatrzymywać i stawiać przed sądem dwunasto-, trzynasto- czy czternastolatków lub chorego na Heinego-Medina, poruszającego się od dziecka o kulach Herberta Pohla, skazanego notabene na karę śmierci. Co ciekawe, spośród wszystkich aresztowanych i skazanych bolesławieckich „specjalistów” zaledwie dwóch miało wykształcenie wyższe, pozostali przeważnie osiem klas szkoły podstawowej. Historia tej „organizacji” od samego początku zbudowana została wyłącznie w oparciu o wiadomości pochodzące z gabinetów i pokojów przesłuchań organów bezpieczeństwa ludowego państwa polskiego. Nikt nigdy nie przedstawił jakichkolwiek autentycznych (a choćby nawet i sfingowanych) dokumentów niemieckich poświadczających istnienie takiej organizacji. Bliżej nie ustalono ani głównego rzekomego dowódcy Freies Deutschalnd, ani też jego zastępców. Tę dość specyficzną wiedzę, uzyskaną przez bolesławieckich ubeków w wyniku stosowania przymusu fizycznego, szeroko i chętnie kolportowali komunistyczni dziennikarze i publicyści, będący zresztą bardzo często także pracownikami resortu. Nieporozumieniem jest także twierdzenie, iż w przypadku FD mieliśmy do czynienia z jakąkolwiek „udaną akcją” UB, bowiem do wykrycia „organizacji” doszło w wyniku zwykłego przypadku, jakim było zatrzymanie przez MO w Bolesławcu trzech młodych Niemców, podejrzanych o posiadanie broni. Jeden z nich w wyniku „przesłuchania” zeznał, iż należy do FD i wskazał kilka nazwisk innych „członków”. Potem już poszło z górki i okazało się, że w Bolesławcu powstała poza wiedzą UB organizacja zrzeszająca kilkuset (!!!) Niemców. I to w chwili, gdy konfidenci donosili nawet o rozmowie na ulicy 🙂 Podobnie zresztą buło z Werwolfem, ale to juz temat na inną dyskusję.

     
    1. Dziękuję za komentarz. Oba argumenty się wykluczają. Jeśli zatem ksiądz odegrał jakąś rolę w FD, a FD nie istniało to zatem co jest faktem a co mitem? Jest wiele, meldunków i raportów MO wskazujących na ataki ze strony uzbrojonych grup niemieckojęzycznych. Jeśli znaleziono przy Niemcach zapasy broni, to zatem była ona im w jakimś celu potrzebna. Pole do dyskusji jest duże. Osobiście uważam, że niemieckie podziemie istniało, nie tylko na Dolnym Śląsku, ale także m.in. na Pomorzu. Sam słyszałem na własne uszy relacje, że po wojnie takie grupy działały w okolicy Szczecina.

       
  2. ksiądz nie odegrał żadnej roli w FD, podobnie jak nie podegra Kuhne, ani żaden z innych zatrzymanych. Zeznania zostały wymuszone torturami, podobnie jak przyznania się do winy (a nie wszyscy się przyznali). Tak o śledztwie opowiada po latach jeden z rzekomych członków FD: „Nic nie słyszałem o organizacji Freies Deutschland w Bolesławcu. Nie było wśród nas w ogóle mowy o polityce, ja miałem wtedy 15 lat i tym się nie interesowałem. Nikt nie myślał o oderwaniu Dolnego Śląska od Polski, mieszkałem wtedy w Zebrzydowej i nie miałem żadnych znajomych
    w Bolesławcu. Już wtedy pracowałem w PKP w Zebrzydowej, która od Bolesławca jest oddalona o 13 kilometrów. Nie znam i nawet nie słyszałem o księdzu Sauerze. Ja jestem ewangelikiem. 3 czerwca 1946 do mnie do domu w Zebrzydowej, a mieszkałem tam wtedy z Mamą i dziadkami – rodzicami Mamy – przyszło dwóch mężczyzn w cywilu i kazało mi z nimi iść do gaszenia lasu. Kiedy z nimi wyszedłem, zobaczyłem stojący przed domem samochód osobowy, w którym było już dwóch kolegów z Zebrzydowej: Heine Girbig i Erich Lachnitt i kierowca. (…) Pojechaliśmy do
    Bolesławca. (…) Przyjechaliśmy na ulicę Marcina Lutra, a ja nie wiedziałem, że to jest siedziba UB, i tam nas wsadzono do piwnicy. (…) Następnego dnia wyprowadzono mnie do góry (…) na przesłuchanie. (…) Chcieli wiedzieć, z kim mam tu kontakty. Odpowiedziałem, że nie mam z nikim kontaktu i tu pracuję. Wtedy zapytali mnie o organizację Freies Deutschland i ja odpowiedziałem, że nie znam takiej organizacji. Wtedy zaczęło się bicie. (…) Bito w ten sposób, że kazano stanąć tyłem do ściany,
    a następnie funkcjonariusz uderzał mnie mocno ręką w czoło tak, że ja z kolei uderzałem tyłem głowy o ścianę. Poza tym kazano mi zdjąć buty
    i funkcjonariusz obcasami swoich butów wojskowych miażdżył mi palce
    u nóg. W ten sposób chciano wymusić ode mnie zeznania dotyczące organizacji Freies Deutschland. Zmuszano mnie do podpisania jakiegoś papieru, ja nic nie chciałem podpisać, mówiłem, że nie należę do żadnej organizacji,
    i wtedy on powiedział, że zrobi coś innego. Kazał mi się położyć na podłogę
    i w moje gołe stopy uderzał mnie jakimś prętem albo kijem, nie wiem dokładnie czym. Sprawiało to straszny ból, ale po 50 czy 60 uderzeniach stopy były tak opuchnięte i zdrętwiałe, że bólu już się nie czuło. Ten ubek musiał to zauważyć. Wtedy postawił mnie do zimnej wody i po jakichś dwóch godzinach ta opuchlizna zaczęła schodzić. Wtedy znowu mnie bito w pięty. Później odprowadzono mnie do piwnicy. Wtedy jeszcze nie zarzucano mi udziału w tej organizacji, a jedynie zmuszano mnie, bym powiedział, co o niej wiem, i żebym podpisał papier, to wyjdę na wolność. Ja jednak nie chciałem podpisać czegoś, co nie było prawdą. Nawet nie dano mi do czytania tego, co miałem podpisać. Na drugi dzień znowu wyciągnięto mnie na przesłuchanie, które przeprowadził ten sam ubek co poprzednio. Wtedy były już inne metody. Palił on papierosa, okna były zasłonięte roletami, była głośna muzyka z radia i oślepiał mnie reflektor lampy. Tego papierosa gasił powoli na moich plecach, na paznokciach, tak żebym czuł wielki ból. Ja krzyczałem z bólu, czasem robiło mi się ciemno w oczach. W pewnym momencie on wziął pistolet do ręki, przyłożył mi do skroni i powiedział,
    że liczy do trzech i jak nic nie powiem, to mnie zastrzeli. Wtedy zemdlałem. On nie strzelił, a uderzył mnie tym pistoletem w głowę. Było mi już wtedy wszystko jedno. (…) Zaprowadzono mnie nieprzytomnego do piwnicy i tam odzyskałem przytomność. Trzeciego dnia zaczęło się od bicia. Posadzono mnie pod czymś, z czego kapała woda na moją głowę. Bito mnie znowu w tył głowy. Powiedziano mi, że zejdę na dół do moich kolegów, którzy wszyscy podpisali już ten papier. Kiedy tam się znalazłem, oni to potwierdzili. Byli to koledzy z Zebrzydowej, czyli Heine Girbig, Erich Lachnitt i Heine Heter. Powiedziano im, że jak podpiszą, będą mogli iść do domu. Wcześniej była taka sytuacja, że w Zebrzydowej UB złapało chłopaka Heinza Buttiga i on podał nazwiska i adresy nas, których później złapano. Jego po tym faktycznie wypuszczono, więc można przypuszczać, że jak my podpiszemy, to i nas wypuszczą. To mnie przekonało i podpisałem ten dokument. Był on po polsku, a ja nie znałem wtedy języka polskiego. Od tej pory miałem już spokój……” Niemieckie podziemie w takiej formie, jaką znamy z dotychczasowej literatury nie istniało. Pozdrawiam.

     
    1. Tylko czy taka relacja jest wiarygodna? Zatem po co Niemcy gromadzili broń? Kto wysadził tunel w kierunku Jeleniej Góry i most kolejowy? Osobiście uważam, że jednoznacznie nie można twierdzić, że taka organizacja nie istniała. W literaturze jest jednak dokładnie opisywana.

       
  3. Witam!

    Dziękuję za honor jakim jest wspomnienie mojego skromnego tekstu z portalu Bobrzanie.pl – ale tylko powielałem. Pierwszy rzetelny i odbarwiony propagandowo tekst poświęcony śmierci Kubika ukazał się, owszem, poniekąd za moim pośrednictwem, bo w mojej gazecie – Nowa Panorama Bolesławiecka – w 1995 roku. Nosił Tytuł : Śmierć Bolesława Kubika w świetle źródeł archiwalnych. Jego autorami byli Adam Baniecki (kierownik AP Lubań, obecnie AP B-c i Mariusz Olczak – znany autor, historyk i archiwista). Był to bodaj 2 nr NPB z 1995 roku – ale nie wiem z jakiego powodu zniknął, akurat on, z ISSU, gdyż opublikowałem jakiś czas temu pełne 12 numerów.
    (być może jakiś limit darmowej objętości).
    Reszta wydań poniżej. W wolnej chwili dołączę brakujące 2 numery.

    https://issuu.com/boleslawiec

     
  4. I jeszcze uzupełnienie – które, powinno bodaj, wynikać z mojego tekstu na Bobrzanach: osobiście dokonałem wtedy pierwszej edycji PRL-owskiej wersji historii dotyczącej śmierci Kubika z rąk „hitlerowskiego podziemia” w Wikipedii. Byłem nawet zdziwiony, że 12 lat po papierowej publikacji wersji wydarzeń bazującej na dokumentach – w necie, dalej krążyła wersja rodem z PRL.
    Załączyłem również zdigitalizowane materiały archiwalne, dostępne ówcześnie w serwisie „Skarby Dziedzictwa Narodowego”. Tam też się działo 🙂
    W II. części zalinkowanego poniżej tekstu – do poczytania.

    http://bobrzanie.pl/2012/01/05/o-czlonkach/

    P.S. Proszę skorygować błąd w nazwisku Mariusza Olczaka i zbędny link w poprzednim komentarzu.

    Pozdrawiam,
    Dmnq

     
    1. Witam, dziękuję za komentarze. Zastanawia mnie jak dotarł Pan na mój blog? Cieszę się że treść zainteresowała. Zainteresował mnie Pana tamten tekst. Uważam, że potrzebna jest szersza dyskusja na temat organizacji pohitlerowskich na Ziemiach Odzyskanych. Na pewno pojawią się jeszcze głosy, że Werwolf czy Wolne Niemcy nigdy nie istniały, a to nie prawda. Owszem komunistyczna propaganda zrobiła swoje, ale nie można wszystkiego odrzucać co miało miejsce przed 1989 rokiem. Postać Bolesława Kubika jest niezmiernie interesująca. Tak naprawdę stał się lokalnym bohaterem, symbolem nowej, ludowej władzy. Pozdrawiam.

      P.S. Tekst ten ukaże się niebawem także na portalu Istotne.pl

       
  5. Panie Pawle oczywiście, że można stwierdzić dzisiaj, i to ze 100% pewnością, iż cos takiego jak Freies Deutschland nie istniało. Podobnie jak ze 100% pewnością stwierdzić można, iż niemal wszystkie (jakieś 99%) tego co w dotychczasowej publicystyce nazywano werwolfem – nigdy werwolfem nie było. jeszcze raz polecę Panu książkę „Werwolf na Górnym Śląsku”, zostały tam opisane wszystkie przypadki grup funkcjonujących w literaturze jako werwolf mający działać na tym terenie. Co ważne książka powstała wyłącznie na bazie dokumentacji archiwalnej dotyczącej śledztw prowadzonych właśnie w tych sprawach. Dodatkowo cały rozdział został tam poświęcony bolesławieckiej Freies Deutschland. Polecam także stronę http://pogromcymitowhistorii.pl/mit-werwolfu-na-ziemiach-polskich/

     
    1. Rozumiem doskonale. Ja również polecam książkę R.Primke i M. Szczerepa – „Werwolf tajne operacje w Polsce”.Opisano w niej dość szczegółowo kwestię Werwolfu, podano różne materiały źródłowe. Obrazuje bardzo dokładnie jak działa FD w Bolesławcu. Zatem mamy przeciwstawne tezy jak i oparcie w literaturze. Myślę, że niemieckie bojówki po wojnie w jakiejś formie istniały. Wiem, nie zgadza się Pan z tym. Jest to na pewno szerokie pole do dyskusji.

       
  6. Panie Pawle, książka R. Primke i M. Szczerepy ukazała się ładnych kilka lat temu i oparta była przede wszystkim na wcześniejszych publikacjach. „Werwolf na Górnym Śląsku” to książka sprzed 2 lat oparta wyłącznie na dokumentach archiwalnych z prowadzonych śledztw. W tym tych dotyczących FD w Bolesławcu – tak z lat czterdziestych, jak i z 2007 prowadzonego przez IPN. Jeżeli mówimy o źródłach to tam właśnie można je odnaleźć. Natomiast kwestia niemieckich bojówek to zupełnie inna sprawa. Myslę, że jeżeli istniały, to można je policzyć na palcach jednej ręki. Spośród tych, o których możemy przeczytać w dotychczasowej literaturze przedmiotu – 99% jest fikcją. Dotyka to także takich grup jak „Green Cross”, „Ring”, „jeleni róg” czyli tych o których pisali wszyscy 🙂

     
    1. Wierze w szczere intencje, ale nie przekonuje mnie to zupełnie. Na jakiej podstawie autor tamtej książki uznał że to propaganda? Jak ocenił wiarygodność i kontekst dokumentów źródłowych? Jak ocenił wiarygodność świadków i dotarł do nich kilkadziesiąt lat po wojnie. Moim zdaniem tak jednoznacznie nie można tego wykluczyć i przyjąć zapenik że FD zupełnie nie istniało.

       
  7. A jak chce się Pan przekonać nie sięgając do źródeł? Dam Panu przykład Bytomia. W tym mieście miał działać jeden z rzekomych oddziałów Werwolfu, o jakim wspominają wszystkie dotychczasowe publikacje. Miał zreszać kilkudziesięciu wilkołaków, dokonywać szeregu sabotaży i akcji dywersyjnych. Miał posiadać broń, karabiny, materiały wybuchowe a nawet aparat nadawczo-odbiorczy, poprzez który kontaktowac miał się z „centralą w Dreźnie” i z innymi górnosląskimi grupami Werwolfu, z którymi finalnie miał sie połączyć, tworząc jeden, zwarty organizm liczący około 100 werwolfowców. O ujawnieniu tej grupy, w roku 1946 pisano we wszystkich górnośląskich gazetach (tu z kolei polecam książkę” Werwolf. propaganda PRL”). Do dzisiaj pisze się o niej we wszystkich publikacjach – całość wiedzy opierając wyłącznie na tym, co podano w literaturze PRL (Janas, Tryc….) Tymczasem prawda wyglądała zupełnie inaczej, a brak jakichkolwiek dowodów na to, że w Bytomiu mielismy do czynienia z Werwolfem był tak jaskrawy, że nawet Wojskowy Sąd Rejonowy UNIEWINNIŁ postawionych przed nim „wilkołaków” z Bytomia. Jedynym dowodem, jaki przedstawiono były ich zeznania złozone w PUBP w Bytomiu (które notabene na rozprawie sądowej odwołano, tłumacząc, że zostały wymuszone). Nie zarekwirowano ani jednego pistoletu, ani grama prochu, żadego aparatu. Pomimo tego, do dzisiaj ci, którzy nie zapoznali się z materiałem źródłowym, w swoich pracach piszą, że w Bytomiu w roku 1946 ujawniono Werwolf na czele którego….itd…itd… Identycznie było w Zabrzu, a jeszcze zabawniej w Gliwicach, gdzie – pomimo twierdzeń jakoby tam także operować miał Werwolf – nie ujawniono żadnej (nawet tak lipnej jak w Bytomiu, Zabrzu czy większości dolnośląskich miast) grupy wilkołaków. PS. Jeżeli zaś chodzi o świadków, to do nich dotarł prokurator Przemysła Cieślik, prowadzący w roku 2007 sprawę dotycząca Freies Deutschland w Bolesławcu. Ich zeznania, złożone we wrocławskim IPN także znajdują się w „Werwolfie na Górnym Śląsku”.

     
    1. Jeszcze poszperam, zobaczymy co jeszcze znajdę, czego się dowiem. Na razie niczego kategorycznie nie odrzucam.

       

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *